terapiatraumy.pl

Yalom (2): w życiu trzeba mieć szczęście!

Irvin Yalom, Marilyn Yalom

Potrzeba mentora, nauczyciela, przewodnika czy mistrza, aż po dzisiejszego coacha i trenera osobistego, jest powszechną potrzebą i tęsknotą. Mieć kogoś, kto nas zna i rozumie – często lepiej niż my sami siebie. Kogoś, kto zna kierunek i sam już przechodził wielokrotnie tę drogę.

Co ciekawe Yalom tak pojmuje też rolę terapeuty. Czasami czuję się jak przewodnik oprowadzający drugiego człowieka po jego własnym domu. Cóż za uczta duchowa! Jednak u Yaloma ta potrzeba wynika jeszcze z czegoś innego. Mianowicie z pragnienia wyrwania się z żydowskiego getta, odcięcia się od nieczułej matki i słabego ojca: W dzieciństwie nie cierpiałem swojego życia, swojego otoczenia, swojej szkoły, swoich kolegów – pragnąłem, by ktoś mnie od tego wszystkiego uwolnił. […] Marzenie o docenieniu i wyzwoleniu tkwi we mnie pod wieloma postaciami.

MatkaMoja matka nigdy nie miała dla mnie dobrego słowa, a ja odpłacałem pięknym za nadobne.

OjciecZawsze drążył mnie niewypowiedziany żal wobec ojca – o to, że nigdy, nawet jeden raz, nie przeciwstawił się matce. […] Ani razu nie stanął po mojej stronie.

BiedaŻyliśmy w ubóstwue i byłem nieszczęśliwy.[…] Przeżywałem samotność i wyobcowanie. Wokół niedopałki i szczury.  I czerwona twarz fryzjera nazywającego mnie „Żydkiem”. Musiałem uciec z tej rodziny.

Patrząc na swoje życie z perspektywy lat osiemdziesięciu, Yalom zwraca się do swoich rodziców słowami: Proszę, wybaczcie mi, że tak bardzo się was wstydziłem.

W trakcie pisania wspomnień Yalom dokonuje niezwykłego odkrycia: Kiedy piszę te wspomnienia i szukam kontaktu z moim młodocianym Ja, kiedy uświadamiam sobie […] jak bardzo żałowałem przez całe życie, że nie miałem w młodości mentora, nagle coś mi żaświtało. Miałem go przecież! Moim mentorem była Marilyn.

Żona, Marilyn Yalom (*1932), z domu Koenick, amerykańska romanistka i feministka, autorka znakomitych książek na temat historii płci.

Każdego dnia błogosławię los za to, że dane mi było spędzić życie z Marilyn. Lata przed pojawieniem się Marilyn postrzegam w ostrych, czarno-białych barwach, inne kolory przesączają się dopiero po jej wejściu w moje życie. Nigdy nie zapominam o tym, jak wielkie miałem szczęście, że w moim życiu piętnastolatka pojawiła się Marilyn. Uwzniośliła moje myśli, podsycała ambicje, służyła mi za wzór przyzwoitości, wielkoduszności i oddania życiu umysłowemu. 

Yalom jest dumny z tego, że jest mężem Marilyn, i wyznaje zabawnie, że na jej publicznych wystąpieniach z trudem się powstrzymuje, żeby nie zawołać głośno: „Hej, słuchajcie, to moja żona!”.

Yalomowie mają czworo dzieci. Co ważne dzieci urodziły się bardzo wcześnie, jeszcze w czasie studiów. Ale Irvin i Marilyn zawsze stawiali swój związek na pierwszym miejscu. Był on dla nich ważniejszy od relacji z dziećmi. Co wcale nie musiało być łatwe dla dzieci, które czuły, że na pierwszym miejscu jest związek rodziców. Niejako w myśl powiedzenia Simone de Beauvoir i Jean-Paul Sartre’a, że najistotniejszą relacją jest relacja z partnerem.

Stając się sobą to przebogata książka, ale najbardziej urzekł mnie pewien pomysł Yaloma, genialny w swojej prostocie i dlatego bardzo łatwy do zastosowania przez każdego. Wspominając niemożność nauczenia się hebrajskiego, zastanawia się:

Gdyby dziś nastolatek w rodzaju młodego Irvina […] przyszedł do mnie po fachową konsultację psychiatryczną […] to nasza rozmowa przebiegłaby mniej więcej w następujący sposób…

Z kolei gdy wspomina, jak cierpiał na bezsenność, to przychodzi mu do głowy, że:

Gdybym jednak wybrał się wówczas do terapeuty, takiego jak ja sam, to nasza rozmowa mogłaby przebiegać mniej więcej w następujący sposób…

Yalom tworzy i przedstawia w książce fikcyjne sesje terapeutyczne przeprowadzone z samym sobą z dawnych czasów. To niezwykłe! Opisy młodzieńczego Ja nie są czczym żałowaniem, że czegoś nie zrobił lub  zrobił niewłaściwie. Nie są też grą intelektualną ani literackim chwytem. Są przykładem, jak mądrze obcować z przeszłością, by ukoić własny ból.

Czego mi brakuje u Yaloma? Jedynie dwóch rzeczy: przede wszystkim spojrzenia systemowego; – chociaż bywał u Victorii Satir oraz wspomina psychodramę, która zrobiła na nim wielkie wrażenie – oraz traumy i terapii traumy. 

Trauma pojawia się wielokrotnie w sposób ukryty, a wprost jedynie raz, na stronie 373: Niedawno przyjechałem na spotkanie roztrzęsiony z powodu wypadku samochodowego, który zdarzył mi się tydzień wcześniej. Bałem się po nim prowadzić auto i zacząłem się zastanawiać, czy w moim wieku powinienem jeszcze zasiadać za kierownicą. Jeden z członków grupy […] zinterpretował moje pobudzenie  jako objaw umiarkowanego stresu pourazowego. Ujęcie sprawy w taki sposób bardzo mi pomogło i wracałem do domu spokojniejszy. 

Jako czytelnik czuję się szczodrze obdarowany. Lektura wspomnień Yaloma Stając się sobą była dla mnie ogromną przyjemnością. Oczywiście pozostaje niedosyt. Yalom pisze, jaką ma wspaniałą żonę, ale nie pokazuje zbyt wielu detali, jakby świadomie zachowując tajemnicę.

Czytając, zawsze zadaję sobie pytanie, czego się nauczyłem od autora. Moja odebrana lekcja, w którą uwierzyłem do końca dopiero po zapoznaniu się z teorią poliwagalną Stephana Porgesa, brzmi: Najważniejsze są relacje. Leczy relacja z drugim człowiekiem, relacja przepojona miłością.

P.S. 1: Jeszcze słówko o tytule, trudnym niewątpliwie do przetłumaczenia:

Becoming myself znaczy: jak stałem się sobą, mną, czyli tym kim jestem. Stając się sobą nie oddaje tego „ja:. Tytuł jest też czytelnym echem słów spopularyzowanych przez F. W. Nietzschego (Ludzkie, arcyludzkie oraz Wiedza radosna) i użytych w podtytule do Ecce homo: Wie man wird, was man ist. (Ecce Homo: Jak się staje, czym się jest). Pierwotnie powiedzenie „stań się, kim jesteś” występuje w Odach pytyjskich u Pindara (5 wiek p.n.e.) .

Podtytuł Pamiętnik psychiatry też mi się nie podoba. Wolałbym raczej Wspomnienia. A może po prostu Autobiografia? W oryginale jest A Psychiatrist’s Momoir.

Wreszcie okładka. Polska okładka przypomina dendryty. (Abstract art of black tree silhouette isolated on white background). Wolę oryginalną, która nasuwa skojarzenia ze słojami drzewa, albo raczej z barwnymi kręgami na przepołowionych szlachetnych kamieniach o niepowtarzalnej urodzie, jakie widuje się w sklepach pamiątkarskich z kamieniami na Dolnym Śląsku. Co znów jest nawiązaniem do Rilkego: Ich lebe mein Leben in wachsenden Ringen (przeżywam swoje życie w coraz większych kręgach)

P.S. 2: Ponieważ premiera polskiego wydania opóźniła się trochę, więc zaplanowany czas na lekturę polskiego przekładu poświęciłem na oglądanie Yaloma na youtubie. Kilkadziesiąt godzin. Polecam szczególnie Yalom’s Cure, film wspomniany w książce, nakręcony przez świetną szwajcarską dokumentalistkę Sabine Gisinger. Z urzekającą muzyką Griega i Chopina, nakręcony w cudownym niespiesznym tempie i z przestrzennym oddechem! Komu przeszkadzają greckie napisy, ten znajdzie film na Netflix & Co.

Zenon Mazurczak