terapiatraumy.pl

Yalom, czyli jak dobrze być terapeutą i jak być dobrym terapeutą

Spędziłem życie ze wspaniała kobietą. Mam kochające dzieci i wnuki. Mieszkam w szczęśliwej części świata, z idealną pogodą, uroczymi parkami, znikomym poziomem nędzy i przestępstw oraz Stanfordem, jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. Codziennie otrzymuję listy przypominające mi, że pomogłem wielu ludziom w dalekich krajach.

Tak kończy swoje wspomnienia osiemdziesięciopięcioletni Irvin D. Yalom (* 13.06.1931). Ukazały się one w ubiegłym roku w Ameryce, teraz wyszły po polsku w Wydawnictwie Czarna Owca pt. Stając się sobą. Pamiętnik psychiatry (tytuł oryginału: Becoming Myself: A Psychiatrist’s Memoir). Co za czasów dożyliśmy, że ważne książki ukazują się tak szybko.

Yalom jest jednym z najbardziej znanych i wpływowych terapeutów. Oczywiście znane i niewątpliwe są jego zasługi dla terapii grupowej i egystencjalnej. Ale swoją wyjątkową pozycję zajmuje za sprawą książek, które napisał. Należy do najbardziej poczytnych autorów. Złośliwi powiadają, że jest najlepszym pisarzem wśród terapeutów i najlepszym terapeutą wśród pisarzy. Sławą cieszy się zasłużenie, ponieważ pisze świetnie. Znalazł swój sposób pisania o terapii. Pisze o terapii dla czytelnika, ale bez poradnikowego prostactwa. Pisze głęboko, mądrze, pięknie i prawdziwie.

Po polsku wyszło praktycznie wszystko. Jakie szczęście dla autora i dla czytelników. Opublikowano nawet więcej niż się wydaje autorowi: na stronie 316 mowa jest o książce Religia a psychiatria, którą rzekomo „opublikowano w języku greckim i tureckim (ale w żadnym innym)”. Po polsku wyszła w roku 2009 w wydawnictwie Eneteia. Z kolei redaktor polskiego wydania nie wie, że wspomniana na stronie 280  A Concise Guide to Group Psychotherapy istnieje po polsku: Sophia Vinogradov & Irvin D. Yalom: Psychoterapia grupowa. Krótki przewodnik dla terapeutów. Warszawa 2011, Instytut Psychologii Zdrowia.

Jaką metodę pisania ma Yalom? Jego proces pisania jest prosty: czyta ponownie opisy przypadków klinicznych z archiwum, a kiedy któryś z nich wydaje mu się naładowany energią, wówczas buduje wokół niego opowiadanie. Najwięcej czasu zajmuje mu zacieranie tożsamości pacjentów. Od każdego uzyskuje też pisemną zgodę na publikację.

Ja się jakiś czas wzbraniałem przed czytaniem Yaloma, ku zgorszeniu moich przyjaciół. Taki snobizm pięknoducha – skoro wszyscy czytają, to ja nie. A potem w jedne wakacje usiadłem i przeczytałem wszystko, całego Yaloma. Najpierw Mama i sens życia, potem Leżąc na kozetce i Dar terapii. Następnie poszły powieści: Nietzsche, Schopenhauer i Spinoza. W dalszej kolejnosci Psychoterapia grupowa i Terapia egzystencjalna. Doczytałem resztę Kat miłości, Z każdym dniem trochę bliżej itd. A zakończyłem obejrzeniem – wtedy świeżego – filmu dokumentalnego Yalom’s Cure.

Moją ulubioną książką jest niewątpliwie Dar terapii, który pierwotnie miał się nazywać Listy do młodego terapeuty, na wzór słynnych Listów do młodego poety Reinera Maii Rilkego. Yalom po latach czytając tę książkę tak ją opisuje: Troska o innych i wielkoduszność stale doświadczam tych uczuć przy pracy, i robię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc pacjentom w wyzwoleniu ich własnej miłości i współczucia wobec innych. Gdybym dla jakiegoś pacjenta nie miał miłości i współczucia, to wątpliwe, bym mógł mu wiele pomóc.

Ale dlaczego w ogóle warto czytać biografie? Co jest takiego pociągającego w pamiętnikach, wspomnieniach, dziennikach, listach, biografiach i autobiografiach? W książce jest piękna historia, którą najpierw chciałbym przytoczyć:

Biblioteka była drugim domem Yaloma. 

Pośrodku części parterowej stał masywny regał, na którym umieszczono dzieła biograficzne, w porządku alfabetycznym według nazwisk ich bohaterów. Okrążałem go niezliczoną ilość razy […] przy kazdej wizycie w bibliotece kręciłem się koło pólki biograficznej i w końcu obmyśliłem plan: będę czytać jedną biografię na tydzień, zaczynając od litery A, aż przebrnę przez cały alfabet.

O ile pamiętam, mój projekt biograficzny zakończył się na literze T. 

(T – tau – jest ostatnią literą m.in. alfabetu hebrajskiego, a gdyby nam się to przydarzyło, wtedy nie doszlibyśmy do Yaloma!). 

Dziś myślę, że ten chaotyczny ciąg lektur wcale mi nie zaszkodził. Nic w tym złego, że byłem jedynym jedenastolatkiem na świecie, który wiedział za dużo o Hetty Green i Samie Patchu. Marzyłem o dorosłym mentorze!

 

cdn.