terapiatraumy.pl

Irvin Yalom, Marilyn Yalom

Potrzeba mentora, nauczyciela, przewodnika czy mistrza, aż po dzisiejszego coucha i trenera osobistego, jest powszechną potrzebą i tęsknotą. Mieć kogoś, kto nas zna i rozumie – często lepiej niż my sami siebie. Kogoś, kto zna kierunek i sam już przechodził wielokrotnie tę drogę.

Co ciekawe Yalom tak pojmuje też rolę terapeuty. Czasami czuję się jak przewodnik oprowadzający drugiego człowieka po jego własnym domu. Co za uczta duchowa!

Jednak u Yaloma ta potrzeba wynika jeszcze z czegoś innego. Z pragnienia wyrwania się z żydowskiego getta, odcięcia się od nieczułej matki i słabego ojca.

W dzieciństwie nie cierpiałem swojego życia, swojego otoczenia, swojej szkoły, swoich kolegów – pragnąłem, by ktoś mnie od tego wszystkiego uwolnił. […] Marzenie o decenieniu i wyzwoleniu tkwi we mnie pod wieloma postaciami.

Matka Nigdy nie miała dla mnie dobrego słowa, a ja odpłacałem pięknym za nadobne.

Ojciec Zawsze drążył mnie niewypowiedziany żal do ojca- o to, że nigdy, nawet jeden raz, nie przeciwstawił się matce. […] Ani razu nie stanął po mojej stronie.

Bieda żyliśmy wtedy w ubóstwue i byłem nieszczęśliwy.[…] Moja samotność i wyobcowanie. Niedopałki i szczury. Czerwona twarz fryzjera nazywającego mnie „żydkiem”

Musiałem uciec z tej rodziny.

A patrząc w swoich wspomnieniach z perspektywy osiemdziesięciu lat na swoje życie, Yalom tak zwraca się do swoich rodziców:

Proszę, wybaczcie mi, że tak bardzo się was wstydziłem.

Kiedy piszę te wspomnienia i szukam kontaktu z moim młodocianym ja, kiedy uświadamiam sobie […] jak bardzo żałowałem przez całe życie, że nie miałem w młodości mentora, nagle coś mi świta: miałem go przecież! Moim mentorem była Marilyn.

Marilyn Yalom (*1932), z domu Koenick, amerykańska romanistka i feministka, autorka znakomitych książek na temat historii płci.

słuchając wystąpienia Merylin, siedziałem uszczęśliwiony, powstrzymując się, żeby nie zawołać głośno: „Hej, słuchajcie, to moja żona!”.

Lata przed pojawieniem się Merilyn często postrzegam w ostrych, czarno-białych barwach, inne kolory przesączają się dopiero po jej wejściu w moje życie.

Nigdy nie zapominam o tym, jak wielkie miałem szczęście, że w moim życiu piętnastolatka pojawiła się Merilyn. Uwzniośliła moje myśli, podsycała ambicje, służyła mi za wzór przyzwoitości, wielkoduszności i oddania życiu umysłowemu.

Każdego dnia błogosławię los za to, że dane mi było spędzić życie z Merilyn.

Yalomowie mają czworo dzieci. Co ważne dzieci urodziły się bardzo wcześnie, jeszcze w czasie studiów. Ale Irvin i Marilyn zawsze stawiali swój związek na pierwszym miejscu. Był on dla nich ważniejszy od relacji z dziećmi. Co wcale nie było łatwe dla dzieci, które czuły, że na pierwszym miejscu jest związek rodziców. Niejako w myśl powiedzenia Simone de Beauvoir i Jean-Paul Sartre’a, że najistotniejszą relacją jest relacja do partnera.

Książka jest przebogata, ale najbardziej urzekł mnie pewien pomysł Yaloma, genialny w swojej prostocie i dlatego bardzo łatwy do zastosowania przez każdego. Dwukrotnie wspominając trudnośći lat młodzieńczych (bezsenności i niemożność nauczenia się hebrajskiego) odbywa fikcyjną sesję terapeutyczną z ówczesnym samym sobą.

Gdyby dziś nastolatek w rodzaju młodego Irvina […] przyszedł do mnie po fachową konsultację psychiatryczną […] to nasza rozmowa przebiegłaby mniej więcej w następujący sposób:

Gdybym jednak wybrał się wówczas do terapeuty, takiego jak sa sam, to nasza rozmowa mogłaby przebiegać mniej więcej w następujący sposób:

Czego mi brakuje u Yaloma? Właściwie tylko dwóch rzeczy: przede wszystkim spojrzenia systemowego; chociaż bywał u Victorii Satir; wspominaa też psychodramę, która robi na nim wielkie wrażenie. Brakuje też traumy i terapii traumy. 

Trauma pojawia się wielokrotnie w ukryty sposób, a wprost tylko raz na stronie 373. Niedawno przyjechałem na spotkanie roztrzęsiony z powodu wypadku samochodowego, który zdarzył mi się tydzien wcześniej. Bałem się po nim prowadzić auto i zacząłem się zastanawiać, czy w moim wieku powinienem jeszcze siadać za kierownicą. Jeden z członków grupy […] interpretował to jako objaw umiarkowanego stresu pourazowego. Ujęcie spraw w taki sposób bardzo mi pomogło i pojechałem do domu spokojniejszy.

Ale jako czytelnik czuję się szczodrze obdarowany. Lektura wspomnień Yaloma Stając się sobą była ogromną przyjemnością. Oczywiście pozostaje niedosyt. Yalom mówi, jak wspaniałą ma żonę, ale tego nie pokazuje, jakby świadomie zachowując tajemnicę. Zawsze zadaję sobie pytanie, czego się nauczyłem i jakie pytanie mam do autora.

Moja lekcja, w którą uwierzyłem do końca dopiero po zapoznaniu się z teorią poliwagalną Stephana Porgesa, brzymi:

Najważniejsze są relacje. 

Leczy relacja z drugim człowiekiem. 

Relacja przepojona miłością.

P.S. 1: Jeszcze słówko o tytule, trudnym niewątpliwie do przetłumaczenia:

Becoming myself znaczy: jak stałem się sobą, mną, czyli tym kim jestem. Stając się sobą nie oddaje tego „ja:. Tytuł jest też czytelnym echem słów spopularyzowanych przez F. W. Nietzschego (Ludzkie, arcyludzkie oraz Wiedza radosna) i użytych w podtytule do Ecce homo: Wie man wird, was man ist. (Ecce Homo: Jak się staje, czym się jest). Pierwotnie powiedzenie „stań się, kim jesteś” występuje u Pindara (5. wiek p.n.e.) w Odach pytyjskich.

Podtytuł Pamiętnik psychiatry też mi się nie podoba. Wolał bym raczej wspomnienia. Może autobiografia? W oryginale jest A Psychiatrist’s Momoir.

Wreszcie okładka. Polska okładka przypomina dendryty. (Abstract art of black tree silhouette isolated on white background). Wolę oryginalną, która nasuwa skojarzenia ze słojami drzewa, albo raczej z barwnymi kręgami na przepołowionych szlachetnych kamieniach o niepowtarzalnej urodzie, jakie widuje się w sklepach pamiątkarskich z kamieniami na Dolnym Śląsku. Co znów jest nawiązaniem do Rilkego (Ich lebe mein Leben in wachsenden Ringen – Przeżywam swoje życie w coraz większych kręgach)

P.S. 2: Ponieważ premiera polskiego wydania opóźniła się trochę, więc zaplanowany czas na lekturę polskiego przekładu poświęciłem na oglądanie Yaloma na youtubie. Kilkadziesiąt godzin. Polecam szczególnie Yalom’s Cure, film wspomniany w książce, nakręcony przez świetną szwajcarską dokumentalistkę Sabine Gisinger. Z urzekającą muzyką Griega i Chopina, obgryzającym paznokcie Yalomem, nakręcony w cudownym niespiesznym tempie i z przestrzennym oddechem! Komu przeszkadzają greckie podpisy, ten znajdzie oczywiście film na Netflixie & co.

Czytaj dalej...

Spędziłem życie ze wspaniała kobietą. Mam kochające dzieci i wnuki. Mieszkam w szczęśliwej części świata, z idealną pogodą, uroczymi parkami, znikomym poziomem nędzy i przestępstw oraz Stanfordem, jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. Codziennie otrzymuję listy przypominające mi, że pomogłem wielu ludziom w dalekich krajach.

Tak kończy swoje wspomnienia osiemdziesięciopięcioletni Irvin D. Yalom (* 13.06.1931). Ukazały się one w ubiegłym roku w Ameryce, teraz wyszły po polsku w Wydawnictwie Czarna Owca pt. Stając się sobą. Pamiętnik psychiatry (tytuł oryginału: Becoming Myself: A Psychiatrist’s Memoir). Co za czasów dożyliśmy, że ważne książki ukazują się tak szybko.

Yalom jest jednym z najbardziej znanych i wpływowych terapeutów. Oczywiście znane i niewątpliwe są jego zasługi dla terapii grupowej i egystencjalnej. Ale swoją wyjątkową pozycję zajmuje za sprawą książek, które napisał. Należy do najbardziej poczytnych autorów. Złośliwi powiadają, że jest najlepszym pisarzem wśród terapeutów i najlepszym terapeutą wśród pisarzy. Sławą cieszy się zasłużenie, ponieważ pisze świetnie. Znalazł swój sposób pisania o terapii. Pisze o terapii dla czytelnika, ale bez poradnikowego prostactwa. Pisze głęboko, mądrze, pięknie i prawdziwie.

Po polsku wyszło praktycznie wszystko. Jakie szczęście dla autora i dla czytelników. Opublikowano nawet więcej niż się wydaje autorowi: na stronie 316 mowa jest o książce Religia a psychiatria, którą rzekomo „opublikowano w języku greckim i tureckim (ale w żadnym innym)”. Po polsku wyszła w roku 2009 w wydawnictwie Eneteia. Z kolei redaktor polskiego wydania nie wie, że wspomniana na stronie 280  A Concise Guide to Group Psychotherapy istnieje po polsku: Sophia Vinogradov & Irvin D. Yalom: Psychoterapia grupowa. Krótki przewodnik dla terapeutów. Warszawa 2011, Instytut Psychologii Zdrowia.

Jaką metodę pisania ma Yalom? Jego proces pisania jest prosty: czyta ponownie opisy przypadków klinicznych z archiwum, a kiedy któryś z nich wydaje mu się naładowany energią, wówczas buduje wokół niego opowiadanie. Najwięcej czasu zajmuje mu zacieranie tożsamości pacjentów. Od każdego uzyskuje też pisemną zgodę na publikację.

Ja się jakiś czas wzbraniałem przed czytaniem Yaloma, ku zgorszeniu moich przyjaciół. A potem w jedne wakacje usiadłem i przeczytałem wszystko, całego Yaloma. Najpierw Mama i sens życia, potem Leżąc na kozetce i Dar terapii. Następnie poszły powieści: Nietzsche, Schopenhauer i Spinoza. W dalszej kolejnosci Psychoterapia grupowa i Terapia egzystencjalna. Doczytałem resztę Kat miłości, Z każdym dniem trochę bliżej itd. A zakończyłem obejrzeniem – wtedy świeżego – filmu dokumentalnego Yalom’s Cure.

Moją ulubioną książką jest niewątpliwie Dar terapii, który pierwotnie miał się nazywać Listy do młodego terapeuty, na wzór słynnych Listów do młodego poety Reinera Maii Rilkego. Yalom po latach czytając tę książkę tak ją opisuje: Troska o innych i wielkoduszność stale doświadczam tych uczuć przy pracy, i robię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc pacjentom w wyzwoleniu ich własnej miłości i współczucia wobec innych. Gdybym dla jakiegoś pacjenta nie miał miłości i współczucia, to wątpliwe, bym mógł mu wiele pomóc.

Ale dlaczego w ogóle warto czytać biografie? Co jest takiego pociągającego w pamiętnikach, wspomnieniach, dziennikach, listach, biografiach i autobiografiach? W książce jest piękna historia, którą najpierw chciałbym przytoczyć:

Biblioteka była drugim domem Yaloma. 

Pośrodku części parterowej stał masywny regał, na którym umieszczono dzieła biograficzne, w porządku alfabetycznym według nazwisk ich bohaterów. Okrążałem go niezliczoną ilość razy […] przy kazdej wizycie w bibliotece kręciłem się koło pólki biograficznej i w końcu obmyśliłem plan: będę czytać jedną biografię na tydzień, zaczynając od litery A, aż przebrnę przez cały alfabet.

O ile pamiętam, mój projekt biograficzny zakończył się na literze T. 

(T – tau – jest ostatnią literą m.in. alfabetu hebrajskiego, a gdyby nam się to przydarzyło, wtedy nie doszlibyśmy do Yaloma!). 

Dziś myślę, że ten chaotyczny ciąg lektur wcale mi nie zaszkodził. Nic w tym złego, że byłem jedynym jedenastolatkiem na świecie, który wiedział za dużo o Hetty Green i Samie Patchu. Marzyłem o dorosłym mentorze!

 

cdn.

Czytaj dalej...

Ukazały się już pierwsze recenzje, omówienia i notki Strachu ucieleśnionego Bessela van der Kolka.

Jeszcze przed wydaniem polskim wyszła recenzja dr Lidii Anny Wiśniewskiej z UMK, która zajmuje się problematyką ciała i psychospołecznym znaczeniem cielesności (jest autorką m.in. „Kobiece ciało – kobieca psychika”). Tekst pt. Bessel van der Kolk, The Body keeps the score znajduje się w: Acta Universitatis Nicolai Copernici; Pedagogika XXXI/2015; Nauki Humanistyczno-Społeczne; Zeszyt 246; strony183-186. Oto fragment końcowy:

Van der Kolk zaprasza czytelnika – zarówno profesjonalistę (lekarza, psychologa, terapeutę, pedagoga), jak i laika (być może osobę dotkniętą traumą lub jej rodzinę) w niezwykłą podróż. […] Książka Jest jednocześnie swoistym kompendium wiedzy o traumie i sposobach pomocy – a przede wszystkim jest świadectwem siły człowieka: zarówno tego, który zmaga się z urazem, jak i naukowców poszukujących sposobów pomocy. 

 

 

Kamila A. Paszelke, na swoim blogu psychologicznym uważniej.pl zamieściła 27. maja 2018 roku omówienie książki. Na zakończenie podaje trzy powody, dlaczego warto przeczytać Strach ucieleśniony:

To studium traumy, w której autor przeprowadza czytelnika przez wszystkie zakamarki związane zarówno z traumą, jak i zespołem stresu pourazowego.

• To źródło rzetelnej wiedzy na temat wpływu traumy na codzienne funkcjonowanie oraz pokazanie procesu leczenia.

• To książka dla każdego, niezależnie od wykonywanego zawodu i wykształcenia.

 

Notkę o książce z wyborem cytatów pt. Trauma – jak się podnieść? zamieściła Gazeta Senior (nr 5/2018; str. 8). To szczególnie godne zauważenia, nie ze względu na książkę, ale ze względu na seniorów. Wciąż niewielka jest świadomość, jak wiele problemów w późnym wieku wynika z nieprzepracowanych traum. I jak łatwo można pomóc!

 

W Krytyce Politycznej Jaś Kapela, pisarz, poeta i felietonista, opublikował napisany ze swadą tekst, pt. To nie jest kraj dla zdrowych ludzi.

Oto fragment na zachętę:

Krytyka tradycyjnych sposobów leczenia PTSD staje się krytyką współczesnego społeczeństwa. Van der Kolk wspomina, że czasem podczas prezentacji o leczeniu traumy uczestnicy proszą go, żeby przestał gadać o polityce, a skupił się na neurologii i sposobach terapii. Niestety nie sposób oddzielić traumy od polityki. […] W dzisiejszym świecie to, miejsce gdzie się urodziłeś, często znacznie bardziej determinuje twoją przyszłość niż twoje geny. Co z tego, że urodzisz się Einsteinem, skoro najbliższą szkołę będziesz miał dwie wioski dalej, a po drodze będą grasować partyzanci. Wystarczy zresztą urodzić się w złej dzielnicy, aby mieć znacznie mniejsze szanse na udane i szczęśliwe życie.

I zakończenie:

Ciągle w naszym kraju ważniejsi są martwi niż żywi, którzy muszą sobie radzić sami. No ale jakoś sobie radzimy, więc skoro państwo was nie ochroni przed przemocą, to przynajmniej warto wiedzieć, że mindfulness, joga i poruszanie gałkami ocznymi mogą pomóc się uporać z traumatycznymi wspomnienia. A może nawet z przyszłymi traumami, które zapewne was nie ominą, jeśli mieszkacie w Polsce.

 

Będziemy, w miarę ich ukazywania się, zamieszczać kolejne recenzje.

Zenon Mazurczak

Czytaj dalej...

 

Umberto Eco, autor m.in. słynnego Imienia róży, nie tylko pokazał do czego może doprowadzić miłość do książek, ale sam był słynnym bibliofilem. Kochał książki. W mediolańskim mieszkaniu miał bibliotekę złożoną z 30.000 książek, kolejne 10 tysięcy w domku na wsi i 5 tysięcy w drugim mieszkaniu w Bolonii.

W zbiorze artykułów na temat czytania i książek pt. La memoria vegetale e altri scritti di bibliofilia (2006), znalazłem takie oto cytaty, którymi chciałem się podzielić jeszcze w związku ze „Strachem ucieleśnionym” Bessela van der Kolka i jak tę książkę czytać.

Rytm czytania podąża za rytmem ciała, rytm ciała podąża za rytmem czytania. Czytamy nie tylko głową, czytamy całym ciałem, i dlatego możemy płakać nad książką albo się śmiać, a gdy czytamy coś strasznego, to włosy stają nam dęba.

 

Na zdjęciu: Biblioteka klasztorna w Einsiedeln, Szwajcaria.

Czytaj dalej...

 

MÓZG, UMYSŁ I CIAŁO        w  TERAPII  TRAUMY (wykład)

Piątek, 25 maja 2018, g. 17.00       Sala 001

Uniwersytet SWPS Wydział Zamiejscowy, Poznań, ul. Kutrzeby 10

Formularz zgłoszeniowy (na samym dole notki organizatorów): SWPS Poznań aktualności

Trauma istotnie wpływa na trzy funkcje mózgu: kognitywną, emocjonalną i instynktowną. Dlatego też jej terapia musi być adresowana do wszystkich trzech. Sztuką zaś jest rozpoznanie, z jakiej części mózgu pacjent jest aktualnie zdolny się komunikować i zaadresowanie odpowiednich działań właśnie do nich.

Wykład przybliży najnowsze nurty w terapii traumy respektujące poznanie kognitywne i emocjonalne oraz włączające ciało i jego świadomość. Spotkanie z naszymi gośćmi Małgorzatą SieczkowskąZenonem Mazurczakiem skierowane w zamierzeniu do praktyków, poprowadzi Joanna Zapała – psycholog, psychoterapeuta, superwizor psychoonkologii. 

Czytaj dalej...

Facebook, wywiad na żywo: https://www.facebook.com/events/2367864943227505/

Czytaj dalej...

Jeśli nie mam ciała, po angielsku no-body, to jestem nikim. Nie ważne, czy mam ciało, czy jestem ciałem, potrzebuje ciała.

Potrzebuję ciała między innymi, a może przede wszystkim, do samoregulacji. Co to znaczy?  Jak sobie radzę w sytuacjach trudnych, gdy spotykają mnie przeciwności? Jak sobie radzę ze stresem? Czy i jak jestem w stanie uspokoić się, uspokoić ciało i odprężyć się.

Zachód wybrał drogę przez intelekt, przez rozum. I dzięki nauce i technice odniósł globalny sukces. Ciało jednak wyeliminował. 

Nawet w religiach Zachodu brak ciała. Niektórzy uważają, że panuje tu wręcz wrogość wobec „grzesznego” ciała. Nabożeństwa przypominają „gadające głowy”; nie ma modlitwy ciałem oprócz znaku krzyża, przyklęknięcia czy zdawkowego pokłonu.

A jak w takiej sytuacji bezcielesności radzimy sobie z ciałem? Gdzie znajdujemy ukojenie? 

Bessel van der Kolk powiada, że: „zasadniczo pochodzimy z kultury post-alkoholowej. Europejczycy od wieków znali tylko jedną drogę radzenia sobie z bólem i cierpieniem. A mianowicie butelka alkoholu! Kultura północno-amerykańska kontynuuje to podejście. Źle się czujesz? Zrób sobie drinka albo weź tabletkę!”

Ale jeśli popatrzeć na inne religie i cywilizacje w świecie, to okaże się, że samoregulacja zawsze zaczyna się od ciała. Indie mają jogę. Chiny, Japonia i Korea mają qigong, tai chi oraz przeróżne sztuki walki. W Afryce są bębny, śpiew i taniec.

W Strachu ucieleśnionym. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy, van der Kolk opowiada taką historię:

Mogłem obserwować siłę społecznych rytmów w 1996 roku, gdy arcybiskup Desmond Tutu prowadził publiczne wysłuchania w południowoafrykańskiej Truth and Reconciliation Commission (Komisji Prawdy i Pojednania). Towarzyszyły temu wspólne śpiewy i tańce. Świadkowie wspominali niewyobrażalne okrucieństwa, jakie spotkały ich i ich rodziny. A gdy stawało się to zbyt przytłaczające, Desmond Tutu przerywał zeznania i inicjował wspólną modlitwę, pieśń albo taniec, dopóki świadek nie doszedł do siebie. Dzięki temu uczestnicy mogli jakby „wchodzić i wychodzić” z ponownego przeżywania horroru i znowu znaleźć słowa na opisanie tego, co ich spotkało. Arcybiskupowi Tutu i całej komisji udało się dzięki takim działaniom zapobiec szałowi zemsty, co często obserwujemy, gdy ofiary zbrodni wychodzą na wolność.

A nam, na Zachodzie, pozostaje jedynie przypomnieć sobie ostrzeżenie Wisławy Szymborskiej z wiersza pod tytułem Prospekt:

Jestem pastylka na uspokojenie.

[…]

Wiem, co robić z nieszczęściem,

jak znieść złą nowinę,

[…]

Sprzedaj mi swoją duszę.

Inny się kupiec nie trafi.

Innego diabła nie ma.

_____________

Ilustracja: Bruno Bruni Pocałunek; rzeźba; Galeria Alexander E. Räber (Zurych).

Czytaj dalej...

PROBLEMY PSYCHICZNE ZAKRYWAJĄ PRAWDZIWĄ TWARZ

Nareszcie premiera: Bessel van der Kolk: Strach ucieleśniony. Mózg, rozum i ciało w terapii traumy. Czarna Owca 2018, seria Terapia Traumy.

Siedzę sobie i wertuję tę książkę. Co miałem napisać przedpremierowo, to już napisałem. Radość z ukazania się książki, teraz dzielona z czytelnikami, którzy książkę kupują, jest – jak wiadomo – radością podwójną.

Do głowy przychodzą mi różne pytania,  elementarne czy wręcz naiwne, takie jak: co to jest trauma? jaka jest trauma? do czego można traumę porównać? jak się trauma objawia?

Z pomocą przyszła mi wiadomość o  ciekawej akcji w Zurychu, która zwraca uwagę na problemy psychiczne w miejscu pracy. Akcje zorganizowało Zurychskie Towarzystwo Ubezpieczeniowe (Sozialversicherungsanstalt des Kantons Zürich – SVA) pod hasłem: Problemy psychiczne zakrywają prawdziwą twarz i pokazuje przykłady pięciu częstych zmian zachowania: depresja, dwubiegunowość, kłamstwo, zarozumialstwo i nikczemność.

Kampania na wielką skalę obejmuje płatne ogłoszenia, plakaty, media społeczne, itp. Widać ją wszędzie. W tym celu realne osoby zostały uszminkowane, podczas wielogodzinnych sesji make-upu, a potem sfotografowane i sfilmowane. A specjalna animacja pokazuje cały proces przemiany.

Przypomina mi się Emmanuel Levinas, żydowsko-litewsko-francuski filozof, ze swoją koncepcją epifanii twarzy. „Epifania” znaczy objawienie. Levinas za podstawowe doświadczenie egzystencjalne uznawał spotkanie „twarzą w twarz”. Twarz nie daje się zdobyć, wymyka się władzy, posiada podmiotowość, która odróżnia ją od wszystkich rzeczy. Tylko w relacji twarzą w twarz możliwe jest przezwyciężenie samotności i pełne człowieczeństwo.

Co trauma robi z moją twarzą? Z twarzą drugiego człowieka? Z twarzami naszych bliskich?

Bessel van der Kolk pokazuje, że trauma nie tylko zasłania prawdziwą twarz – swoistość traumy polega na tym, że zniekształca, wykrzywia twarz człowieka, moją i drugiego człowieka – a niekiedy wręcz nam ją rabuje i wówczas twarz staje się pusta. I to jest zła wiadomość. 

A dobra, że zawsze jest możliwe odzyskanie swojej prawdziwej twarzy i możliwa jest epifania. Istnieją drogi, które to umożliwiają. Ale pierwszy krok, często najtrudniejszy – poprzez czytanie i autodiagnozę  – musimy zrobić sami

Zenon Mazurczak

_________________

Plakat Zurychskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego (Sozialversicherungsanstalt des Kantons Zürich – SVA) Problemy psychiczne zakrywają prawdziwą twarz. Zurych, 2018

Czytaj dalej...

Że warto czytać, to jasne. Od tygodnia staram się o tym przekonywać. Już po premierze Strachu ucieleśnionego, Beesela van der Kolka  (9 maja 2018), chciałbym się więc podzielić moimi doświadczeniami i przemyśleniami, jak czytać tę książkę, względnie jak jej nie czytać. 

Należę do osób, które zanim zaczną używać jakiegoś gadżetu lub diwajsa, czytają namiętnie instrukcje obsługi. Książki czytuję po bożemu, od początku do końca, od deski do deski, a przynajmniej po kolei. W kręgu przyjaciół i znajomych należę raczej do absolutnych wyjątków, ponieważ święte księgi też tak czytałem.

Strach ucieleśniony to gruba książka, pięćset stron! Ja nie czytam zbyt szybko, mimo że swego czasu dałem się skusić na kurs szybkiego czytania. Ale nawet, kto czyta tradycyjnie, jak się zaweźmie, to i w jeden dzień z tym tekstem uporać się może. Tylko po co?

To jest książka o traumie. Trauma konfrontuje nas z cierpieniem, z bólem. Jak pisał van der Kolk w swojej monumentalnej pracy „Stres traumatyczny” z roku 1996: wprowadzenie diagnozy PTSD (pourazowe zaburzenie stresowe) dało początek badaniom naukowym nad ludzkim cierpieniem.

Warto się najpierw z tą książką oswoić. Nauczyć się czytać ją ciałem. Co to znaczy? Czytając trzeba zwracać uwagę na rezonans jaki to, co czytam wywołuje we mnie? Co mi ta książka „robi”? Co się dzieje ze mną, gdy ją czytam? Co się dzieje w ciele, w emocjach i w umyśle?

Czytam i jestem czytany. Nie tylko ja czytam książkę, ale ta książka czyta mnie. Ja też jestem księgą! A im lepiej odczytam samego siebie tym większą korzyść wyniosę z lektury. Ten rezonans, który może się pojawić także po pewnym czasie, jest znaczący i może stanowić początek radzenia sobie z własną traumą. 

Czytaj dalej...

„Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy”.

Chodzę i śpiewam: „a ja mam dziewczynę po słowackiej stronie! Hejjj!”

Gwoli ścisłości po szwajcarskiej, ale to już zupełnie inna historia. Ważne jest to hej, które po aramejsku i hebrajsku oznacza  życiową energię.

620 gram żywej wagi. Blok książki jak w oryginale: 225 mm wzrostu, 147 mm szerokości i 35 mm na grubość. 496 stron. Przypisy na dole strony. Żywa pagina podająca numer i tytuł rozdziału. Jest indeks! Brakuje tylko zdjęcia autora na skrzydełku. Szkoda.

Font jest czytelny, nawet większy niż w wydaniu amerykańskim, ale w sam raz. Papier kremowy i przyjemnie szorstki. Nie za gruby. Wystarczające marginesy.

Trzymam książkę w rękach.

Zamykam oczy.

Dotykam.

I przytulam do serca.

A potem przykładam do ucha.

I słucham, co książka chce mi powiedzieć.*

Nauczył mnie tego Bert Hellinger. Robił to nie tylko w księgarni, zastanawiając się: kupić książkę czy nie kupić. Ale także ze swoimi książkami, gdy przywoziłem mu do pokazania kolejne tytuły z Biblioteki Hellingerowskiej wydawanej w Czarnej Owcy.

Jest dobrze. Jest OK.

To jest dobra książka!

Mogę odetchnąć!  Ósemka okazała się szczęśliwa. To już ósma pozycja w serii Terapia Traumy!

I robię jeszcze jedną rzecz. Czytam sobie na głos nazwiska osób, które przyczyniły się do polskiego wydania: tłumaczka – Małgorzata Załoga; redakcja (cichy bohater tej książki!) – Jagoda Latkowska; projekt okładki – Kasi Słania; skład – Dariusz Piskulak; korekta – Zuzanna Żółtowska i redaktor prowadząca – Małgorzata Hlal.

Ale najważniejsze, że prawie cała majówka, cały tydzień przede mną. Na czytanie. Roger.

 

______________________

*Nie wącham, ponieważ boję się efektu Wokulskiego. Wokulski nie ożenił się jak wiadomo z panią Stawską – od dobrego losu mu przeznaczoną – z powodu zapachu… kalafiora.

Czytaj dalej...
Strony:  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 22 23 24 >