terapiatraumy.pl

Muzyka jako wehikuł szczęścia

Alice Herz Sommer, koncertująca pianistka, najdłużej żyjąca Ocalona z Holokaustu, w wieku 109 lat uważała się za najszczęśliwszego człowieka. Regularnie koncertowała jako osadzona w Theresienstadt, gdzie naziści więzili żydowskich artystów i intelektualistów, gromadząc ich w jednym miejscu dla celów propagandowych. Pozwalano im, w warunkach getta a wkrótce obozu, uprawiać muzykę i sztukę, a wszystko po to, by zrealizować i prezentować w świecie filmy o rzekomym dobrowolnym schronieniu się Żydów w ramiona Trzeciej Rzeszy.

W takich warunkach regularnie koncertowano! Jak wspominają ocalali, koncerty w Theresienstadt nie były rozrywką, ale duchowym wsparciem. Z muzyki wprost płynęła siła i nadzieja, wręcz pewność, że wszystko się skończy i świat znowu będzie wolny. Więźniowie schodzili się na koncerty wycieńczeni, chorzy i stawali się odmłodzeni – tak to wspomina w swoim biograficznym filmie Alice Herz Sommer:

„Każdy dzień życia jest piękny. Każdy. Kiedy jesteśmy starzy, stajemy się świadomi piękna życia! Kocham ludzi, uwielbiam z nimi rozmawiać. Jestem zainteresowana ich życiem. Muzyka jest moim światem. Beethoven jest cudem! Jego muzyka nie ogranicza się do melodii. Istotne jest to, co jest wewnątrz niej. To, co wewnątrz! To, czym jest wypełniona, pełna, intensywna. Powinniśmy być wdzięczni Bachowi, Beethovenowi, Brahmsowi, Schubertowi, Schumanowi, że obdarowali nas niewypowiedzianym pięknem i uczynili nas szczęśliwymi! Z muzyką byłam zawsze szczęśliwa. Nawet bez muzyki byłam szczęśliwa, już samo myślenie o muzyce mnie uszczęśliwia. Muzyka jest pierwszą ze sztuk, przenosi nas na wyspę pokoju, piękna i miłości. Czułam, że to jedyna rzecz, która dawała nadzieję. Stała się rodzajem religii. Wiedziałam, że nawet w tej bardzo trudnej sytuacji, zdarzają się piękne momenty. Nie istnieje samo zło. Nawet wśród zła może być pięknie. Pierwsze dźwięki muzyki płynęły prosto do duszy. Muzyka jest Bogiem.” 

_________________________________________________

W moim domu także były tradycje muzyczne. Mój ojczym, którego Moja Mama Izabela przedstawiła mi we wczesnym dzieciństwie – po latach przeze mnie doceniony jako pierwszy nauczyciel – od czwartego roku życia grał na skrzypcach a uczył się u swojego ojca, przedwojennego nauczyciela gry na instrumentach smyczkowych. W późniejszych latach graliśmy na fortepianie, a ja na fortepianie i innych instrumentach perkusyjnych (fortepian jest także instrumentem perkusyjnym!) oraz przejściowo i użytkowo na organach. Czasowo zaproszeni przez kościół jako organiści – mój ojczym w chudych latach powojennych zarabiał tak na życie w kościele katolickim, a ja w kościele ewangelickim, już w zamożniejszych latach siedemdziesiątych, w piętnastym roku życia zarabiałam na pierwsze dżinsy kupione za własne pieniądze.

Muzyka była dla mnie i dla nas językiem codzienności. Chodzenie do szkoły muzycznej było częścią zwyczajnej edukacji, a literatura muzyczna jest mi do dzisiaj znacznie bardziej bliska niż beletrystyka. Z czasem, już w rodzinie, którą sama założyłam i w kolejnych domach, muzyka stała się wyrazem uczuć religijnych, w takim sensie, że człowiek jest religijny z natury, zmienia jedynie obiekt a raczej wehikuł kontaktujący go z duchowym wymiarem. I tak, niezależnie od korzeni religijnych, słuchaliśmy Mesjasza Georga Fridricha Haendla czy Oratorium Na Boże Narodzenie Jana Sebastiana Bacha, przesłuchując co raz to inne nagrania najrozmaitszych orkiestr, chórów i dyrygentów z płyt jak też znakomite wykonania podczas poznańskich festiwali chórów chłopięcych na żywo.

W muzyce, podobnie jak w poezji, istnieją dzieła natchnione. Z pewnością należą do nich wspomniane wielkie formy muzyczne, ale to zaledwie początek wielkiej spuścizny europejskiej muzyki religijnej, która żyje dzisiaj własnym życiem artystycznym i duchowym i w tym sensie przynależy do nas wszystkich. Do dzisiaj pełnia świąt oznacza obecność wielkich dzieł muzycznych w przestrzeni całego domu.

_______________________________________________________

Jeden z naszych przyjaciół, Dr Paweł Panieński, anestezjolog i lekarz-ratownik o uznanej renomie, pełen życiowej pasji, a także człowiek świadomie religijny, zapytany kiedyś o szanse na przetrwanie mojego ojczyma, leżącego wówczas na oddziale intensywnej terapii, odpowiedział: „To zależy z jakiej perspektywy popatrzymy. Mamy bowiem plan medyczny i plan boski. Z medycznego punktu widzenia prognoza jest taka a taka, boski plan natomiast może być zupełnie inny, ale pozostaje dla nas niedostępny. Istnieje jednak pewna kategoria pacjentów, którzy wymykają się tej kategoryzacji, to pacjenci w wytatuowanym numerem na przedramieniu, Ci nie podlegają żadnym znanym kryteriom. Ostatnio operowaliśmy właśnie taką 94-letnią pacjentkę i właściwie tylko dla przyzwoitości przetoczyliśmy jej pół litra krwi, w istocie niczego nie potrzebowała, by doskonale przejść zabieg.”

Słuchając tego, co mówi Dr Panieński i patrząc jak żyła Alice Herz Sommer, z łatwością można by to nazwać rezyliencją. Ale nie wypada stosować żadnych psychologicznych terminów. Tego rodzaju postawa wobec życia wymyka się wszelkiemu kategoryzowaniu.

Oto 109-letnia pianistka, która ocala siebie i uszczęśliwia świat muzyką! Wśród wielu życzeń składanych na święta, często życzymy sobie szczęścia! Oto Mistrzowska Lekcja O Szczęściu!

Załączony fragment filmu jest po angielsku, ale słowa, które wypowiada Alice Herz Sommer są proste, płyną z jej serca i jako takie stają się zrozumiałe niemalże dla każdego. Wszystko wyrażają jej oczy i szczęście na jej obliczu.

Bądźmy szczęśliwi z muzyką, sztuką i z ludźmi wokół nas.

Z życzeniami Pięknych Świąt!!

Małgorzata Sieczkowska i Zenon Mazurczak