terapiatraumy.pl

Trauma wraca z wojny

 Trauma wraca z wojnyTrauma, trauma, trauma. Wszędzie tylko ta trauma. Często słyszę pytanie, czy pojęcie traumy nie jest nadużywane. Oczywiście, że jest nadużywane.

Przede wszystkim w języku sportowym. Zbieram skrzętnie co smakowitsze przykłady, żeby się kiedyś tym podzielić. Oto kilka cytatów na próbę:

Przed meczem z Niemcami: Jeżeli znów będzie porażka, to trauma związana z tym rywalem będzie ciągle trwała. Po meczu: Niemcy mają traumę Stadionu Narodowego (bo grali drugi raz i drugi raz przegrali; poprzednio z Włochami w półfinale ME). Justyna Kowalczyk przeżyła traumę po sprincie, która prawie ją zniszczyła. A Marit Bjoergen, oprócz astmy, ma  „polską traumę”.

Tak, pojęcie traumy jest nadużywane. Ale jak to było, gdy go jeszcze nie było?

Trauma jako PTSD, zespół stresu pourazowego, weszła oficjalnie do użytku dopiero 25 lat temu, pod presją wojny w Wietnamie i pod presją ujawnienia nadużyć seksualnych. Jednak, żeby zobaczyć, co się działo, gdy tego pojęcia nie było, trzeba się cofnąć przynajmniej o 100 lat, do pierwszej wojny światowej.

Pierwsza wojna światowa: pierwsza, na której użyto gazu, pierwsza, na której użyto karabinu maszynowego, czołgów, samolotów. Pierwsza tak brutalna i masowa. Pierwsza, z której są filmy oraz bardzo wiele zdjęć (także barwnych).

Ale oprócz strasznych obrażeń fizycznych, uczestnicy pierwszej wojny światowej cierpieli na objawy, których wcześniej nie znano. Jakie?

Niektórzy pacjenci cierpieli na niekontrolowane drżenie, inni na “histeryczną” ślepotę lub głuchotę, jeszcze inni tracili mowę. Niektórzy, jak żołnierz na prezentowanym zdjęciu, reagowali panicznym strachem na samo słowo “bomba”. Niektórzy byli częściowo sparaliżowani.

Już w lutym 1915 w brytyjskim czasopiśmie Lancet ukazał się artykuł Charlesa Myersa na temat tzw. shell shock (szok artyleryjski, dosłownie szok odłamkowy). Pierwotnie przypuszczano, że dolegliwości żołnierzy wiązały się z wybuchami granatów lub pocisków w ich pobliżu. Z czasem okazało się, że większość poszkodowanych wcale nie znajdowała się w pobliżu eksplozji artyleryjskich.

Liczba chorych żołnierzy była tak duża, że wojskowi nie mogli tego lekceważyć. Ale w tamtym czasie trudno im było uznać zranienia inne niż fizyczne. Dlatego ostatecznie uważali to za zniewieścienie, czyli “męską histerię”. Skąd takie określenie? To bardzo ciekawe. Od żołnierzy oczekuje się, że mają się wykazać męstwem, honorem a tymczasem zachowywali się jak „rozhisteryzowane kobiety”. Najważniejsze jest rozpoznanie, że za takim określeniem kryje się pogarda wobec tych żołnierzy, jak wcześniej wobec kobiet.

Oznaczało to, że są oni podejrzani o nieświadome lub świadome i celowe unikanie wyjazdu na front. Rozpoczęła się nagonka na rzekomych symulantów i tchórzy w szpitalach wojskowych podejrzanych o brak woli walki i dezercję. Celem terapii było przede wszystkich przygotowanie do walki i odesłanie ich z powrotem na front (lub pod sąd wojenny i pluton egzekucyjny).

Lekarze dostali praktycznie carte blanche. Mogli robić wszystko. I robili co chcieli: od elektrowstrząsów (metodą Kaufmanna, najlepiej na jednym zabiegu – do skutku), podduszanie sondą wpuszczaną do gardła i wywoływanie lęku śmierci itd. Zawstydzanie, straszenie, zamykanie, przymusowe ćwiczenia.

Na YouTube, współczesnej “stolicy mądrości”, żeby użyć określenia z Litanii Loretańskiej, znaleźć można np. pod hasłem “shell shock” poruszające filmy dokumentalne z pierwszej wojny światowej pokazujące traumę.

 

Foto: YouTube: żołnierz, który chowa się pod łóżko na słowo “bomba”.