terapiatraumy.pl

Trójkąt terapeutyczny w terapii traumy

Trójkąt terapeutyczny w terapii traumy

Albrecht Dürer: Św. Hieronim w pracowni. Miedzioryt, 1514 r.

Dziś świętego Hieronima, patrona tłumaczy. Hieronim żył w drugiej połowie 4 wieku i na początku 5. Przetłumaczył Biblię z hebrajskiego i greki na łacinę, jego tłumaczenie zwane Wulgatą obowiązywało w kościele rzymskokatolickim aż do XX wieku.

Gdy osoba z traumą nie mówi w języku terapeuty, a terapeuta nie zna języka osoby straumatyzowanej, wówczas potrzebny jest tłumacz. Jednak tłumaczenie w sytuacji terapii traumy różni się od zwykłego tłumaczenia np. w sytuacji biznesowej. Podobne jest do tłumaczenia poufnej rozmowy, zwanej dokusan, pomiędzy mistrzem zen a jego uczniem.

Przy tłumaczeniu sesji terapii traumy, ale też do pewnego stopnia przy tłumaczeniu tekstów pisanych na temat traumy, wyzwaniem dla tłumacza jest to, by samemu nie ulec traumie, nie popaść w rezonans z energią traumy. Innymi słowy nie paść ofiarą retraumatyzacji, a więc wtórnej traumy. W mojej pracy nad dotychczasowymi książkami na temat traumy, pewne fragmenty tekstu podczas tłumaczenia wywoływały we mnie rezonans. Jakież było moje zdziwienie, że pojawiał się on ponownie i później, kiedy na kolejnych etapach procesu wydawniczego zaledwie przeglądałem tekst czy sprawdzałem numerację stron lub żywą paginę i nagle serce zaczynało mi kołatać. To pobudzenie systemu nerwowego to rezonans na opisywaną w tekście traumę.

Ważne jest także gdzie podczas sesji terapii traumy siedzi tłumacz. Pomiędzy pacjentem i terapeutą, ale bokiem, jakby trochę z boku tej sytuacji. Od czasu ostatniego spotkania z Peterem Levinem zwracam też szczególną uwagę na początku sesji na odległość od osoby straumatyzowanej. Najlepiej to po prostu wypróbować.

Bardzo ważny jest też wzrok i kontakt wzrokowy czy też jego unikanie. Najogólniej chodzi o to, żeby klient i terapeuta mówiąc, patrzyli na siebie, a nie na tłumacza. Ja natomiast, jako tłumacz, jedynie kątem oka patrzę na terapeutę i pacjenta.

Najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne dla tłumacza w trakcie tłumaczenia jest mówienie o traumie, o przeżyciach traumatycznych w pierwszej osobie. To  jest nieuniknione, bo używanie trzeciej osoby: że „on/ona mówi to i to”, przede wszystkim osłabia i zakłóca proces terapeutyczny.

Co robić? Jak się chronić?

Należy działać dokładnie tak samo jak w terapii traumy. Przede wszystkim trzeba rozpoznać reakcję własnego systemu nerwowego (serca, duszy). Najczęściej to są proste wrażenia do rozpoznania: łzy stają mi w oczach, słowa więzną mi w gardle. Czasami jednak trudniej rozpoznać, co się dzieje, bo nie zakłóca to samego tłumaczenia, ale np. obejmuje zmianę rytmu oddechu czy tętna tłumacza albo nagle pojawia się odczucie gorąca. I podobnie jak w samej traumie i terapii traumy: trzeba się wówczas ugruntować, dobrze scentrować i wziąć głęboki oddech. A najlepiej zrobić to przed tłumaczeniem i kilka razy w trakcie.

Łatwo jest także rozpoznać, kiedy wszystko dobrze idzie: tłumaczenie toczy się płynnie, podobnie jak płynie wówczas sam proces terapeutyczny. I wyczuwa się dobry kontakt pomiędzy pacjentem a terapeutą traumy. Najtrudniej jest wtedy, gdy nie rozumiemy, czego chce terapeuta i wydaje nam się, że robi coś źle, i mielibyśmy wielką ochotę zrobić to lepiej. A jeszcze gorzej jest, gdy klient nie jest w kontakcie ze sobą, nie słucha lub wręcz próbuje manipulować.

Wielkie znaczenie w tłumaczeniu terapii traumy ma nie tylko znajomość obu języków i kontekstu terapeutycznego, ale także dobre i głębokie rozumienie natury traumy.

Ale tłumaczenie i bycie w polu traumy w sytuacji terapeutycznej może być także źródłem szczególnej siły, bo jako tłumacze jesteśmy świadkami (cichymi)  przemiany traumy, jej wielkiej transformacji z destrukcji w duchową siłę.

Hieronim przedstawiany jest m.in. z lwem, dlatego że wedle legendy wyjął lwu kolec z łapy i tak oto się z nim zaprzyjaźnił. To piękny obraz na to czym jest trauma i jak przemieniająco działa terapia traumy.

 

Foto:  Wikimedia Commons