terapiatraumy.pl

Czy ja jestem (jeszcze) normalny?

normalW tych dniach ukaże się DSM-5, piąta edycja Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (Diagnostyczny i statystyczny podręcznik zaburzeń psychicznych) wydawany przez liczące sobie 36 tysięcy członków Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (American Psychiatric Association). „Biblia psychiatrii” waży 1,5 kg, kosztuje 160 $ i jest dozwolona tylko dla dorosłych, w USA od 21 lat.

Trauma weszła do DSM dopiero w trzecim wydaniu, w roku 1980, jako PTSD (Posttraumatic Stress Disorder), czyli zespół stresu pourazowego.

Od miesięcy trwa gorąca dyskusja wokół piątego wydania. Pierwsze skrzypce gra w niej Allen Frances, emerytowany psychiatra i redaktor poprzedniego wydania, DSM-4, który 14 maja 2013 wydał książkę Saving Normal  (Ocalić normalność) w której krytycznie się odnosi do redukowania znaczenia ludzkich przeżyć i sprowadzania ich wyłącznie do zaburzeń.

Podstawowy zarzut jaki się stawia DSM-5 to patologizacja, medykalizacja i stygmatyzacja naturalnych zjawisk, zachowań i procesów psychicznych.

I tak na przykład do roku 1980 roczna żałoba po bliskiej, ukochanej osobie uchodziła za coś normalnego. (Pięknie to widać np. w prawosławnym obrządku, gdzie podczas pogrzebu znajomi mogą rzucić garść ziemi na pożegnanie. Rodzinie jednak wtedy tego robić nie wolno, bo to za wcześnie. Właściwy czas przychodzi dopiero po roku i robi się to na specjalnej uroczystości). W roku 1994 zalecano psychiatrom, żeby odczekali przynajmniej dwa miesiące żałoby, zanim zakwalifikowali smutek, bezsenność, brak koncentracji i apatię jako depresję wymagającą leczenia. Teraz, wg DSM-5, na żałobę mamy dwa tygodnie (!) Kto zatem po 14 dniach jest przybity i smutny, ten może zostać uznany za chorego psychicznie – i można mu zaaplikować leki antydepresyjne.

Jak pisze niemiecki tygodnik Der Spiegel, siedmiu z jedenastu autorów DSM-5 flirtuje z firmami farmaceutycznymi, więc najnowsza klasyfikacja żałoby raczej tam nie wzbudzi. Przewodniczący grupy psychiatrów David Kupfer, współpracował z Eli Lilly and Company, Forest Pharmaceuticals, Pfizer, Johnson & Johnson, Servier Amerique, Hoffman-LaRoche, Lundbeck, Novartis und Solvay Wyeth.

Zasadniczą sprawą jest obraz człowieka, który wyziera z DSM-5: Człowiek z psychicznymi problemami ma chemiczną nierównowagę w mózgu, którą trzeba zlikwidować lekami.

Ludziom chorym psychicznie trzeba pomóc – nikt tego nie kwestionuje. Ale zdrowych trzeba zostawić w spokoju, bo niedługo nie będzie już kogo zakwalifikować jako zdrowego psychicznie. W USA już 46% populacji spełnia kryteria choroby psychicznej. A udział dzieci wzrósł w ciągu ostatnich 20 lat aż 35-krotnie. W roku 2005 w Unii Europejskiej 27% ludzi miało rozpoznane problemy psychiczne. W roku 2010 aż 38%.

Allen Frances był przewodniczącym grupy psychiatrów odpowiedzialnych za DSM-4, czyli poprzednie wydanie podręcznika diagnostyki, otrzymywał rocznie 10 tys. $ z tytułu tantiem (teraz już ich nie dostanie). Czy mamy uwierzyć, że Szaweł zmienił się w Pawła? Niełatwo uwierzyć do końca, bo Allen Frances nie potrafi sobie przypomnieć ani jednego koncernu farmaceutycznego, którego przychylnością cieszył się przez lata jako wykładowca promujący leki.

Na sam koniec pociecha: u nas póki co obowiązuje ICD-10 (10th International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych) wydawana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Więc jeszcze chwila zanim DSM 5 trafi do gabinetów w Polsce. Jedynie w badaniach naukowych, no i w Internecie stanie się szybko standardem.